„Schronisko, które zostało zapomniane” Sławomir Gortych

Sprawozdanie ze spotkania Dyskusyjnego Klubu Książki w Łagowie 10.12.2025r.

W spotkaniu wzieło udział 14 Pań, rozmawiałyśmy o książce pt.: „Schronisko, które zostało zapomniane” Sławomira Gortycha.

Powieść o zapomnianym schronisku to dość zgrabny kryminał.

Nie można się do niego zbyt mocno przyczepić , ale też nie należy do tych pozycji, od których nie można się oderwać.

Na pewno będzie bardziej interesująca dla czytelników preferujących kryminały z wielka historią w tle, gdzie dawne czasy mocno ingerują w dzień dzisiejszy, a zamierzchłe sprawy mącą umysły współczesnych i prowadzą prostą drogą do zbrodni. Początek jest niezły.

Jest tajemnicza konferencja nazistów podczas wojny, jest zrujnowany i nawiedzony budynek starego uzdrowiska, jest pisarz kryminałów pędzący na pomoc przyjacielowi w góry, mimo że kiedyś spotkało go tam jakaś tragedia. A potem coś się zaczyna śmimaczyć. Nie pomagają ani odpowiednia ilość nieboszczyków, ani legenda o zaginionym skarbie, ani tajemnicze typy leżące po mordach. Śledztwo pisarza, tego książkowego, się ślimaczy, policja tylko udaje, że coś robi, jedynie Karkonosze w tej książce sa naturalnie wspaniałe.

Widać, że autor jest nimi zafascynowany, jednak pisząc o małej miejscowości łatwo popełnić poznawczy desonans. Karpacz to nie adresy i tłumy. Takie wielkie miasto to konkretne miejsca i konkretni ludzie. Nie można tym beztrosko żąglować.

Łatwo wpaść w konflikt fikcji i realu. Autor zbyt niefrasobliwie połączył te dwie stronymedalu. Jak bardzo, to można sie dowiedzieć przeczytawszy ostatni rozdział powieści pod oczywistym tytułem „Co wydarzylo sie naprawdę, a co jest tylko fikcją”. Zbyt wiele pomieszanych dat, osób rzeczywistych i wymyślonych tak, aby tylko pasowały do fabuły. Historia to historia. Pewne daty, fakty czy nazfdfdddwiska są świętością.

Przecież nigdy, w żadnej książce, II Wojna Światowa nie moż e się zacząć 1 stycznia, bo tak pasuje komus w jakiejspowieści.

Na szczęście gór autor nie potrzebował zmiieniać. Szczyty, szlaki i widoki są takie jakie są, niezmienne i prawdziwe i zawsze piękne.

 

Recenzja napisana przez Panią Aldonę

Sprawozdanie przygotowała Urszula Jurusz.

 

20251210_171829

„Matki Konstancina” Ewelina Ślotała

12 listopada 2025 r. podczas spotkania DKK działającego przy Bibliotece w Łagowie omawiano książkę Eweliny Ślotały – „Matki Konstancina”.

Autobiograficzna powieść Eweliny Ślotały wciągnęła czytelniczki w patologiczny świat „wielkich tego świata”, całkowicie niedostępny dla tzw. zwykłego zjadacza chleba. To świat postaw i wartości obcy i nie do zaakceptowania dla przeciętnego Polaka. Faktem jest, że autorka z premedytacją szokuje czytelnika, obnażając najintymniejsze i najwstrętniejsze tajemnice tego zamkniętego środowiska.

„Matki Konstancina” to jedne z czterech tego typu pozycji, jakie autorka zdążyła napisać. Każda strona książki ma wywoływać słuszne oburzenie i sprzeciw, szczególnie wśród kobiet, gdyż przecież one, jako matki, starają się kierować zupełnie innymi standardami opieki i wychowania swoich dzieci.

Każda z nich ma szlachetniejsze zasady wychowawcze, wolne od blasku złota i fałszywej doskonałości. Takie myślenie daje jedynie złudne poczucie bycia lepszymi matkami. Bo tak szczerze: czy żadna z nich nie marzyła o niani po którejś kolejnej nieprzespanej nocy, o wspaniałych prezentach pod choinką czy ciekawszych wakacji? Czytając powieść ma się wrażenie, że konstancińskie dzieci obsypywane dobrami, w obłędnie drogich ciuchach, pałętają się między nieobecnymi ojcami, znerwicowanymi i często uzależnionymi matkami a ciągle zmieniającymi się opiekunkami.

Są świadkami przemocy, alkoholu, narkotyków, a wszystko to przykryte wymuszonym obrazem fałszywego szczęścia. Lecz jest też druga strona medalu: bo czy tych wszystkich brudów nie można znaleźć na zwykłym blokowisku? Czy przyjście w markowych butach do szkoły nie wywołuje poczucia wyższości i zazdrości? Trzeba jednak pamiętać, że bardzo trudno jest zostać matką Konstancina. Jeszcze trudniej utrzymać ten status, dlatego te kobiety muszą ciężko pracować i wiele poświęcać dla dobra swojego i swoich dzieci.

Nie można też upierać się, że konstancińskie dzieci nie są szczęśliwe.

Traktowane są jak małe królewiątka: spełniane są ich wszystkie kaprysy, żyją w poczuciu bezpieczeństwa (bo tatuś i mamusia rozwiążą każdy problem), zwiedzają świat, uczą się języków, otrzymują bardzo dobre wykształcenie, a do tego mają bardzo ułatwiony start w dorosłość. Nie znają innego świata. To dla nich ich matki znoszą często niełatwą, pełna upokorzeń codzienność. Jak niełatwą, możemy zaobserwować, śledząc życie jednej z żon i matek Konstancina, autorki powieści, pani Ślotały, która mimo niezaprzeczalnej urody, wysokiej inteligencji, przebojowości i wysokiego poczucia własnej wartości, wolnej od mężowskiej dominacji, okupiła swoje życie depresją oraz stanami lękowymi.

Dlatego na pocieszenie dla wszystkich, którzy nie dostąpią zaszczytu bycia rezydentem Konstancina, wniosek jest taki, że bycie bogatym na trzeźwo jest nie do zniesienia.

Aldona

 

12_11_2025-dkk

 

DKK w Łagowie- 13 sierpnia i 8 października

13 sierpnia w DKK w Łagowie omawiana była książka „Ogród nad brzegiem morza” Merte Rodoreda, 8 października „Tasmania” Paolo Giordano. Zarówno sierpniowe, jeszcze wakacyjne spotkanie, jak i już jesienne październikowe – zaowocowały recenzjami książek napisanymi przez jedną z klubowiczek

 

„Tasmania”

Jeżeli za pisanie powieści bierze się wybitnie uzdolniony fizyk z dyplomem doktora, to spod pióra takiej osoby, przyzwyczajonej do wygłaszania mądrości, nie możemy się spodziewać lektury lekkiej, łatwej i przyjemnej. Tematy po które autor mógł najłatwiej sięgnąć to albo fizyka, na której się świetnie znał, albo znane sobie środowisko naukowe. Wybrał tę drugą opcję i to zrobił tak udanie, że czytelnika wątpliwości czy na pewno cała powieść jest o wymyślonej postaci, czy też autor, Paolo Giordano pisze o sobie. Jeśli pisarzem jest fizyk, który w pewnym momencie postanowił rzucić pracę naukową i zacząć pisać, to sugestia wydaje się jednoznaczna i nadaje powieści dużą dozę autentyczności.

Sposób narracji jest również nietypowy. To jak powieść człowieka, który spotkał się przy kieliszku z dawno niewidzianym przyjacielem i na pytanie „Co u Ciebie” chce się koniecznie wygadać, więc zaczyna snuć opowieści o kilku ostatnich latach swojego życia.

Dzieli się przemyśleniami na tematy zawodowe, rodzinne i ogólnoświatowe, rozprawia o ekologii, polityce czy problemach społecznych. I jak w każdej swobodnej rozmowie przeskakuje z tematu na temat, dlatego trudno w powieści doszukać się chronologii, czy konsekwencji tematycznej. Jeżeli dodamy do tego czasami trudne słownictwo to nie czyni lektury łatwą w odbiorze. Bohater powieści jest człowiekiem wybitnie inteligentnym i nie potrafi uniknąć ciągłych analiz codzienności.

Niestety, nie dochodzi do optymistycznych wniosków i dzieli się z nimi z czytelnikami. Wprowadza ich w nieznane dla zwykłych zjadaczy chleba w środowisko naukowców. Ten świat ludzi sukcesu jest pełen pułapek. To codzienna walka o każde euro na badania, o granty, statystykę publikacji, o uznanie i nagrody i oczywiście wyniki, z których rozlicza ich świat.

W środowisku tym sukcesów jest niewiele. Jest smutne i pełne porażek. Nie tylko zawodowych, ale także osobistych. Dlatego w pewnym momencie w tym chaosie problemów pojawia się tytułowa Tasmania. Ale niech nikt, kto sięga po książkę nie liczy na jakąś egzotykę z drugiej strony globu. To specjalne miejsce, które według pomysłu bohatera ma jakoś naprawić jego niezbyt udane życie. 

 

„Ogród nad brzegiem morza”

Literatura iberyjska raczej nie cieszy się u polskiego czytelnika zbyt dużym entuzjazmem. Niestety, ale takie pozycje jak „Ogród nad brzegiem morza” pozwalają zrozumieć przyczyny takiej sytuacji. Dla światowej sławy recenzentów literatury to na pewno dzieło, ale zdecydowana większość czytelników to nie wyrafinowani koneserzy literatury, ale przeciętniacy szukający w czytaniu przyjemnie spędzonego czasu.

Tego niestety nie znajdzie w książce. Trudno się zdecydować czy to opisana historia jest taka nie ciekawa, czy hiszpańska burżuazja jest totalnie nudna, czy narrator beznadziejny, czy autorka bez ikry, czy też wszystkie te rzeczy na raz.

To po prostu wydane w książkowej formie sprawozdanie z kilkuletniego pobytu w domu młodego, bogatego małżeństwa, ich znajomych, sąsiadów i służby.

Obserwatorem i jednocześnie narratorem w powieści jest, pracujący w tej posiadłości ogrodnik. Umiejętnością znudzenia czytelnika może wygrać ze wzmianką w gminnej gazecie z otwarcia przystanku autobusowego we wsi. Z kartek książki zieje nudą. Nudni są ludzie, nudne dialogi, nudne pseudo anegdoty, nawet nudne dramaty. Emocji w niej tyle co w protokole z posiedzenia. Mogłoby się wydawać, że ogrodnik-gawędziarz ma po prostu problemy emocjonalne, gdyby nie jego smutek we wspomnieniach o zmarłej żonie i pojawiający się sporadycznie żal powodu zniszczonych przez imprezowiczów kwiatowych rabatek.

On po prostu ma taki nietowarzyski sposób bycia i interesującym bajarzem raczej ma małe szanse zostać. Tytułowy bohater powieści, czyli ogród, praktycznie nie istnieje.

Jakieś drobne w wzmianki w książce nie usprawiedliwiają przyznania mu miejsca na pierwszej stronie. Gdyby nie tytuł to czytelnik nawet by się nie domyślił, że miejsce pracy ogrodnika ma jakiekolwiek znaczenie, bo ogólnie ogród nie ma absolutnie żadnego wpływu na fabułę. Wiemy, że jest tam lipowa aleja jako miejsce spotkań i przechadzek i że rosną kwiaty.

Ostatnie zdanie w książce jest znamienne. Wzbudza największe emocje, bo ulgę umęczonego czytelnika, więc jeśli potencjalny amator słowa pisanego nie aspiruje do miana wybitnego krytyka literackiego to niech sobie odpuści to dzieło i sięgnie po coś sympatyczniejszego do czytania.

 

zdjecie_13_08_8_10

„Tasmania” Paolo Giordano

08.10.2025 r. Spotkanie Dyskusyjnego Klubu Książki.

Omawiana była „Tasmania” Paola Giordano.

Recenzja Książki:

Kiedy za pisanie powieści bierze się wybitnie uzdolniony fizyk z dyplomem doktora, to spod pióra osoby przyzwyczajonej do naukowej precyzji, nie możemy się spodziewać lektury lekkiej, łatwej i przyjemnej. Tematy, po które autor mógł najłatwiej sięgnąć, to albo fizyka, na której się świetnie znał, albo znane sobie środowisko naukowe. Wybrał tę drugą opcję i zrobił to tak udanie, że czytelnik ma wątpliwości, czy na pewno cała powieść jest o wymyślonej postaci, czy też autor Paolo Giordano pisze o sobie. Jeśli pisarzem jest fizyk, który w pewnym momencie postanowił rzucić pracę naukową i zacząć pisać, sugestia ta sama się nasuwa, nadając powieści dużą dozę autentyczności.

Styl narracji jest nietypowy. Przypomina opowieść człowieka, który spotkał się przy kieliszku z dawno niewidzianym przyjacielem, a na pytanie „Co u Ciebie?” chce się koniecznie wygadać, snując opowieść z kilku ostatnich latach swojego życia.

Dzieli się przemyśleniami na tematy zawodowe, rodzinne i ogólnoświatowe, rozprawia o ekologii, polityce czy problemach społecznych. I jak w każdej swobodnej rozmowie, bohater przeskakuje z tematu na temat, dlatego trudno w powieści doszukać się chronologii czy konsekwencji tematycznej. Jeżeli dodamy do tego czasami trudne słownictwo, czyni to lekturę trudną w odbiorze. Bohater powieści jest człowiekiem wybitnie inteligentnym i nie potrafi uniknąć ciągłych analiz codzienności.

Niestety, nie dochodzi do optymistycznych wniosków i dzieli się z nimi z czytelnikami. Wprowadza ich w nieznane zwykłym zjadaczom chleba w środowisko naukowców. Ten świat ludzi sukcesu jest pełen pułapek. To codzienna walka o każde euro na badania, o granty, statystykę publikacji, o uznanie i nagrody oraz o wyniki z których rozlicza ich świat.

Środowisko to jest smutne i pełne porażek, i to nie tylko zawodowych, ale także osobistych. Dlatego w pewnym momencie w tym chaosie problemów pojawia się tytułowa Tasmania. Ale niech nikt, kto sięga po książkę, nie liczy na jakąś egzotykę z drugiej strony globu. To specjalne miejsce, które, według pomysłu bohatera, ma jakoś naprawić jego niezbyt udane życie. 

 

20251008_164154

"Korowód"

Recenzja książki „Korowód”  Jakuba Małeckiego

Spotkanie DKK w Łagowie 7.05.2025r.

 

„Korowód” to nietypowa książka. Jest to zbiór 5 albo nawet 6 opowiadań.

Każde z tych opowiadań stanowi zupełnie inną formę do tego stopnia, że ma się wrażenie, że pisało je kilku różnych autorów. Tu szacunek dla autora za wszechstronność stylów i gatunków. Jest średniowieczna przygoda, jest zestaw miłosnych listów z epoki, jest sympatyczna historyjka dla młodzieży o panience na wiejskich wakacjach, jest obyczajówka z czasów trudnych i przełomowych, są nostalgiczne wspomnienia z elementami horroru i kryminału.

Każda z tych małych form jest ciekawa i dobrze się ją czyta, bo każda z nich pobudza wyobraźnię a nawet wydaje się bazą na nowa powieść.

Autor z premedytacją żadnego opowiadania nie kończy pozostawiając lekkie rozczarowanie i wrażenie, że autor porzuca swojego czytelnika nie dając mu szansy na zakończenie historii.

Jednak w trakcie czytania poszczególnych części można domniemywać jakie było założenie autora. Wziął kilka opowiadań, albo pomysłów na powieść (warunek: każda z nich z innych czasów) i nie chcą ich wydać jako zbioru opowiadań, który mógłby się gorzej sprzedać, postanowił stworzyć coś w rodzaju powieści.

Zamiast osobnych historii czytelnik otrzymuje kilka rozdziałów dość luźno powiązanych ze sobą prostym trikiem.

Drobnymi przeróbkami łączy jedno opowiadanie z drugim i już mamy tytułowy korowód. Pomysł niezły choć mało finezyjny, ale ta różnorodność nie przeszkadza w lekturze, gdyż wbrew pozorom opowiadania mają swoich wiernych czytelników, bo choć wymagają od pisarza dyscypliny wynikającej z konieczności połączenia krótkiej formy z pełna treścią, to dla czytelnika są skoncentrowaną pigułką dla jego wyobraźni i przemyśleń.

Korowód jako forma nie  ma końca. Ostatni rozdział jest puszczeniem oka do czytelnika i propozycją do włączenia się do tej gry, do zapełnienia pustych stron swoją historią.

 

 img_20250514_142640-1